Święta na Teneryfie

Teneryfa

Świętowanie na Teneryfie

Teneryfa świętami stoi. Jak cała Hiszpania zresztą. Jeszcze nie otrząsnęliśmy się z „wolnego” w Adeje, a tutaj jutro znów świąteczna laba! Tym razem celebruje cała wyspa, choć nierzadkim widokiem są zupełnie lokalne święta. Każda prowincja na Teneryfie ma własne.

Częstotliwość ich występowania jest całkiem spora.

Jak się bawić, to się bawić!

Jutro domowe przedszkole … na plaży :)

Galeria

Murzynek babci Ewy

Kuchnia

Murzynek Babci Ewy

Najlepszy murzynek ever.

Składniki

  • 6 łyżek wody
  • 1 kostka masła
  • 3 łyżki kakao
  • 1,5 szklanki cukru (można mniej)

Składniki zagotować i odstawić.

  • 2 szklanki mąki
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 4 jajka
  • 1 cukier waniliowy albo olejek

Wymieszać powyższe składniki.
Powoli wlewać to co zagotowane (nie zimne, ale też nie gorące) do tych składników powyżej.
Piec 45 minut.

Murzynek babci Ewy

Smacznego!

Obrazek
Teneryfa

Palm Mar

Od wieczora na Teneryfie mocno wieje. Zostaw śmieci, a przepadną bezpowrotnie :) w sumie jest w tym jakaś metoda. Nie jest to huragan, jakich kilka (przyjmijmy umownie, że dwa to już kilka) tutaj przeżyliśmy. Oj, taki tam wietrzyk z zachodu :)

Daj się ponieść

Wizyta trójki Rozlatanych wlała w nas sporo siły, determinacji i – o czym się wkrótce przekonamy – była prawdziwie magiczną rewolucją.

Mnich, który sprzedał swoje Ferrari

Postanawiamy podążać za dobrą nutą dnia, zapoczątkowaną śniadaniem na targu w Adeje. Jedziemy do Palm Mar, rozglądamy się. Mieszkamy na Teneryfie już trzeci rok i nigdy nie zapuszczaliśmy się w te rejony.

Dlaczego? Bo tam zawsze wieje …

Zatem skoro dziś mocno wieje, należy jechać tam, gdzie wieje najmocniej :)

Plaża w Palm Mar

Teneryfa to wyspa wulkaniczna z pokaźnej wysokości wulkanem (El Teide to najwyższy szczyt Hiszpanii – nie ma żartów 3718 m.n.p.m.), która unikalny klimat zawdzięcza właśnie wspomnianemu wulkanowi. Wulkan „rozbija” zimne passaty, które uderzają w północno-wschodnią część wyspy (taki zwykle jest kierunek wiatru) w taki sposób, że południowa część wyspy z rojem hoteli Costa Adeje tonie w błogim słońcu z lekkim podmuchem unoszącym z ledwością kosmyk włosów, dostaje się natomiast rejonom Garachico i okolicy lotniska Tenerife Sur Reina Sofia (TFS), razem z przyległymi miejscowościami – El Medano (mekka surferów, jedno z lepszych miejsc do uprawiania sportów wodnych na świecie!), Golf del Sur, Las Galletas, Los Abrigos i Palm Mar, do którego właśnie ruszamy.

Palm Mar

Mieszkać w tych rejonach to skazać się na nieustanny ból głowy – taka jest opinia, sprawdźmy ją. Puentę zdradzę od razu – będzie bezlitosna – przewiało nas tak, że dochodzimy do siebie dopiero następnego dnia.

Wjeżdżając do Palm Mar mam mocne skojarzenia z El Gouna w Egipcie – wokoło „nic”, taki sztuczny twór, ale wjazd z pompą, przejeżdżamy nad łukiem ze stylizowaną nazwą „Palm Mar”. Trudno się zgubić :)

Palm Bar :)

Miasteczko jak miasteczko, sypialnia. Na niemal każdym kroku czuje się, że jego dynamiczny rozwój został brutalnie przerwany przez kryzys. Kilka niedokończonych osiedli, pozrywane, zniszczone billboardy reklamujące „własne gniazdko w raju na ziemi”. Niedrogo, na pewno znacznie taniej, niż nasze El Duque. Sporo domów na sprzedaż, zresztą coraz silniejsze mam wrażenie, że na Teneryfie każda nieruchomość jest na sprzedaż (nawet taka, która nie ma wywieszki SE VENDE).

Fale nie są wysokie, ale wieje intensywnie, bez przerwy, palmy mają tutaj ciężkie życie. Wokół unosi się spienionej wody.

Teneryfa - Palm Mar

Parkujemy trochę zbyt blisko oceanu, auto niestety nadaje się do mycia (ah, ta sól).

Piknik na końcu świata

Ukrytym, acz prawdziwie wyczekiwanym przez członków załogi celem wyprawy jest piknik :) Goś od rana pakuje do plecaczka zawiniątka w sreberkach. Murzynek Gosi jest najlepszy … zaraz po murzynku Babci Ewy :)

Teneryfa - Palm Mar

Spacerujemy, w poszukiwaniu Idealnego Miejsca na Piknik. Nagle naszym oczom ukazuje się widok na Teneryfie niespotykany – czegoś podobnego wcześniej nie widzieliśmy. Oczy przemęczone wszędobylskim widokiem pięciogwiazdkowej komercji potrzebują chwili, aby dostroić się do urzekającego „pustkowia”. Koniec świata! Postanawiamy zgłębić temat, ruszamy w głąb lądu, co chwilę przed nami do lądowania schodzą kolejne samoloty – to droga podejścia do lotniska. Są dość nisko, niektóre już z wypuszczonym podwoziem, inne wypuszczają je na naszych oczach!

W oddali majaczy latarnia morska, wydaje nam się, że nie może być daleko. Ruszamy w jej kierunku. Dzielny emiś tupta do przodu, czas płynie. Wiatr nie daje za wygraną, choć poza wnoszącymi się z każdym krokiem tumanami kurzu nie przeszkadza tak bardzo. Dmucha nam w plecy – powrotna droga będzie ciężka, ale powrotna droga zawsze jest szybsza. Teraz chcemy dotrzeć do latarnii.

Dziki Zachód, fatamorgana i spalony wrak

Droga prowadzi wśród skąpej roślinności, wszędzie pojedyncze niskie krzaczki, drobne smocze drzewka. Jednym się udało, innym nie. Jak to w życiu. Czujemy się jak na prerii w dalekim Meksyku.

Wrak w drodze do latarnii

Mijamy spalony wrak samochodu. Wszędzie szkło, zardzewiała blacha, powgniatana z każdej strony, dach na wysokości kierownicy, której nie ma, brak tapicerki, silnika, wszechobecna rdza. Jak w dalekim Meksyku lub na filmach o Dzikim Zachodzie. Ciężko odgadnąć markę. Kolor w przybliżeniu srebrny. Ta droga jest zamknięta dla ruchu, więc skąd się tutaj wziął? Czy to jakaś atrakcja turystyczna, a może efekt porachunków kanaryjskiej mafii? Wyobraźnia galopuje…

Fatamorgana, a może naprawdę mijamy sporą kałużę w samym środku pustynnego krajobrazu?

Fatamorgana?

W oddali ptaki krążą nad latarnią.

Latarnia morska w Palm Mar

Jesteśmy coraz bliżej. Przy latarnii wieje bardzo mocno, właściwie bez przerwy, a samolot jeden za drugim dokładnie nad naszymi głowami robi zwrot i wypuszcza podwozie.

W takich miejscach daje się odczuć dzikość i autentyczność Teneryfy, zamazanej i złagodzonej przez grzeczny szlif luksusowego wybrzeża wypełnionego hotelami, trylionem świateł i krzyżówką deptaków. Jest piękna, z tą swoją oszczędną różnorodnością barw, fakturą skał, oszczędną roślinnością, pozostawioną samą sobie, a dającą sobie radę lepiej, niż gdyby ktoś ją co dzień podlewał. Niedaleko nas na kaktusie siada ptak.

Palm Mar

Wracamy

Wieje nam w twarz, kurtka osłania ciało, jednocześnie bezlitośnie grzeje słońce. Nie wiem, czy bardziej mi gorąco, czy zimno. Tutaj zawsze wieje, ale dziś chyba mocniej.

Oglądam się za siebie. Kolejny samolot podchodzi do lądowania. To już chyba pięćdziesiąty. Nowa turystyczna „paczka” za chwilę zasili wybrzeże. Niewiele tak autentycznych miejsc jak to pozostało na południowym wybrzeżu Teneryfy. Padły łupem luksusowego wypoczynku przy bezchmurnym niebie. A przecież dokładnie tak musiało kiedyś wyglądać Las Americas, Los Cristianos i całe Costa Adeje.

Podejście do lądowania na TFS

Czy jeszcze kiedyś tutaj wrócę?

Galeria
Teneryfa

Agromercado Adeje

Wyskakujemy z łóżka, jest sobota.
Za oknem piękne słońce, właśnie wzeszło nad górami. Jedziemy na targ do Adeje.

Sam targ nie imponuje wielkością, ani architekturą – przy barcelońskiej La Boquerii, czy choćby targu w Santa Cruz de Tenerife wygląda wręcz jak kiepski żart :) Właściwie nie imponuje niczym, ale nie o to chodzi. Zaparkowanie tutaj w weekend, szczególnie w sobotę bywa wyzwaniem, ponieważ przyjeżdżają tutaj „wszyscy” – sama śmietanka, stali klienci, Ci, którzy „wiedzą” :)

Wino, chilli i wiejskie kobiety

Prawdziwi, a także przyszywani Canarios – pozdrawiamy sympatyczną parkę Niemców, którzy mają najlepsze jajka pod słońcem oraz włoskiego hodowcę egzotycznych owoców – oferują produkty prosto z ziemi lub drzewa.

Pomidory są przepyszne, sałaty, wszystko jeszcze okraszone ziemią.

Feeria barw. Tłok, hałas i ścisk w kolejce do płacenia przy każdym stoisku. Sami nakładamy co chcemy do papierowych torebek.

Miód prosto z pasieki, banany, winogrona, avocado, cytryny, limonki, papryka, rzodkiewki, cukinie, bakłażany, dynie, kalafiory, ziemniaki, sery, świeżo ścięte kwiaty. Czy wymieniać dalej?

Są też domowo wypiekane słodkości. Niezbyt pod polski gust – wyglądają ładnie, smakują mocno przeciętnie, ale warto choć spróbować samemu – degustacja na miejscu jest jak najbardziej możliwa i wskazana.

Wino – lokalne, kiepskawe, raczej jako ciekawostka. Wina z wysp kanaryjskich są drogie i niestety nie zachwyciły nas, a próbowaliśmy kilkukrotnie. Ewentualnie, jako pamiątka.

Trafiają się też sezonowe „rodzynki” takie jak karambola – owoc nazwany przez nas „gwiazdeczką”. Po pokrojeniu w plastry kawałki wyglądają jak gwiazdy. Pitaja z kolei to piękny różowy owoc, który rośnie sobie na kaktusie. Nie da się go pomylić z żadnym innym.

No i papryczki chilli! Nasze ulubione, do wszystkiego, piekielnie ostre! Zawsze skusimy się na świeży woreczek za euraczka. Albo nawet dwa, jeżeli akurat kończy nam się ostra oliwa, którą przy ich pomocy samodzielnie przygotowujemy – do pizzy jak znalazł!

Marchewka na targu z całą pewnością nie będzie tak czerwona i prosta jak ta w Mercadonie, czy Hiper Dino – czasami nawet zastanawiam się „jak to to obrać”, takie krzywe :) Ale będzie „od serca”, z kanaryjskiej ziemi.

Śniadanie na targu

Na targu wypada zjeść śniadanie – serwuje je tutejsza cafeteria. Jakoś tak zawsze omijaliśmy ją, by w końcu dziś skorzystać z porannego napadu głodu.

Menu jest bogate – wybieramy pomiędzy sandwich’em (chleb tostowy), bocadillo (świeża bagietka) i coissantem (croissant jak croissant, choć na ciepło szczególnie pyszny), do których dobieramy „wkładkę”. Szczególnie przypadł nam do gustu croissant z boczkiem caliente (czyli na ciepło). Produkty są świeże, „wkładka” słusznej ilości – widać, że „od serca” – boczek aż się nie mieści :)

Nasza pociecha tradycyjnie już zamawia sandwich’a z serem. Jakże proste, pożywne i bogate w witaminy danie :) Ale smakowało i to bardzo, a pełny brzuszek to radość dla mamy i taty :)

Niestety jest tylko – a raczej AŻ – jedno ALE … kawa. No właśnie, kawa, a raczej produkt kawopodobny, przynajmniej w smaku. To niestety tutejszy standard lokalnych knajpek – próbowaliśmy już wiele razy, zawsze z nadzieją i niestety zawsze ta sama sroga nauczka. Canarios dobrej kawy nie mają, nie piją i w knajpach nie podają, a nawet w sklepach nie sprzedają. Lavazzę, czy inne Segafredo pijemy zatem w turystycznym zgiełku, ale dobra kawa jest tego warta!

Rachuneczek na okrągłe 9 EUR, tanio nie jest.

Potarguj w Adeje

Jeżeli tylko jesteś właśnie lub planujesz być w pobliżu Costa Adeje, masz wypożyczony samochód, wstań w sobotę rano (czas kanaryjski, czyli rano to znaczy wystarczy być o 9:30 :) i kup choćby po bananie. Dotykaj, doświadczaj i smakuj!

Standard
Teneryfa

Las Galletas

Lubimy przyjeżdżać do Galletas.
Ale kto nie lubi ciasteczek (Las Galletas po hiszpańsku to to samo co cookies po angielsku :)

Mojito na … litry

Galletas nie leży na tradycyjnym turystycznym szlaku, ale warto tutaj przyjechać. My regularnie wracamy, aby poczuć atmosferę prawdziwej Teneryfy, zajrzeć do jednego z okolicznych – wieczorami mocno obleganych, barów – dla urokliwej mariny. I dla taniego i pysznego mojito, sprzedawanego na … litry! :)

Gdy trafiliśmy tutaj pierwszy raz, najmłodszy członek załogi natychmiast zlokalizował, a następnie dotarł do okazałego placu zabaw. Ulokowanego w samym centrum (brzmi wyniośle, ale to naprawdę mała mieścinka – ciężko nie trafić ;)

Piłka w grze

Zabawa na 102

Idealnie spełnia swoją funkcję pozwalając się wyszaleć młodym umysłom. Pełen przekrój wiekowy, stroje raczej swobodne, tutaj biegają, tutaj jakiś maluch stawia pierwsze kroki, tam grają w piłkę, tu i ówdzie słychać dźwięk obijanej blachy. Parkuje się bowiem wokół placu zabaw, a w piłkę przecież trzeba gdzieś grać :) Mimo późnej już pory pełne obłożenie, a sądząc po wszechobecnych plecakach, dzieciaki mają za sobą tutaj „drugi etat” na placu zabaw (zaraz po skończeniu zajęć?). Tak się tutaj żyje – nierozsądnie, radośnie, do późnej nocy. Plac tętni życiem, dzieciaki przekrzykują się, kręcą, wspinają, skaczą, pędzą na urwanie głowy przez sam środek zatłoczonego grajdołka.

Plac zabaw w Las Galletas

Z placem zabaw sąsiaduje szkoła. Ze szkołą sąsiaduje natomiast całe mnóstwo małych knajpek, w których przesiadują „lokalesi”. Ochota na churros con chocolate przed snem? Mojito, czy piwko? Caña czy jarra – zdecyduj na jak małe piwko masz dziś ochotę! I to wszystko dosłownie pod nosem szkolnej bramy. Nie do pomyślenia w Polsce – o zgrozo – ale byłaby zadyma, gdyby ktokolwiek czegoś takiego spróbował!

Plac zabaw w Palm Mar

To nas właśnie różni – luźne podejście do życia, zabawa – choćby kosztem „worków pod oczami” od najmłodszych lat – od wyczerpania.

W samym środku zimy.

Galeria